CB radio

    No comments

    Obowiązkowym wyposażeniem każdego samochodu zawodowego kierowcy jest CB radio. Sam oczywiście również takiego używam. Co prawda muszę się przyznać, że nie zawsze jest włączone, ale nie wyobrażam sobie wyjechać w dalsza trasę bez niego oraz bez dobrej anteny? CB radio podoba mi się z paru powodów. Przede wszystkim, dlatego, ze to jest jedyne radio z najnowszymi informacjami z drogi. Zawsze wiadomo, gdzie kontrolują prędkość, gdzie jest wypadek, czy nawet którędy jedzie pijany rowerzysta, na którego lepiej uważać./ Druga sprawa to fakt, iż na CB można się zawsze o cokolwiek zapytać. Przeważnie znajdzie się, choć jedna osoba, która będzie chciała i potrafiła pomóc. Trzecia rzecz to opcja rozrywkowa. Samotna jazda, stanie w korkach to nudne rzeczy. CB pozwala mi Chociaz pogadać, poopowiadać kawały, spędzić czas troche ciekawiej. Dlatego polecam wszystkim kierowcom CB radio. Wbrew pozorom jest to potrzebne i fajne urządzenie.

    Przez pewien czas miałem bardzo poważne plany, co do kariery jako kierowca ciężarówki. Jednak cała sprawa jak zwykle obiła się o pieniądze i upadła. Planowałem kurs prawa jazdy na samochody ciężarowe. Kosztował niemało, ale jeszcze dało się wytrzymać. Jednak ktoś mnie uświadomił, że jeśli chce jeździć na tak zwanych tirach to musze jeszcze odbyć kurs na przewóz rzeczy, jeśli chce wozić paliwo, to konieczne jest pozwolenie i kurs na przewóz materiałów niebezpiecznych. Oczywiście wszystko płatne. Jak sobie to przeliczyłem doszedłem do wniosku, że nie stac mnie na to w tej chwili. Nie wykluczam, że kiedyś wrócę do tego tematu, na razie jednak czeka mnie wiele innych wydatków. Troche szkoda. Przykre, że chcąc zarabiać trzeba tak wiele na początku wydać. Ale jak to mówią, pieniądz robi pieniądz. Tylko najpierw te pieniądze wypada mieć.

    Dwa lata temu szukałem busa do wożenia towarów. Nie interesowały mnie samochody z szybami z tyłu. Interesował mnie blaszak. Rozglądałem się wśród samochodów z dolnej półki cenowej, w końcu nie dysponowałem większą gotówką, aby szukać auta droższego. Mój wybór padł na Fiata Ducato, albo Peugeota J5. Oglądałem jednego, w stanie rozłożonym. Był tani, a właściciel zaklinał się, że za tydzień będzie gotowy. Pojechałem za tydzień i ujrzałem samochód poskręcany na druty. Nie kupiłem. Wracając od niego wstąpiłem do przydrożnego autokomisu. Tam stał Peugeot J5. Biały, przedłużony i z ciekawą przeróbką. Właściciel, który pewnie jeździł na dłuższych trasach założył z tyłu łóżko. Zakochałem się w tym patencie od razu. Chwila moment i samochód był mój. Pierwsza jazda tylko mnie utwierdziła w przekonaniu, że to będzie dobry samochód.

    Transit

    No comments

    Ford Transit. Samochód, który zawsze był moim marzeniem długo nie mógł stać się moją własnością. Przede wszystkim długo zbierałem na niego pieniądze. Nie było łatwo, bo cała rzecz działa się w czasach, gdy samochody kosztowały naprawdę sporo. W końcu dysponowałem sumą, za która mogłem kupić to auto. Oczywiście nie nowe, ale w jako takim stanie. Zaczałem przyglądać się poszczególnym modelom i żaden nie prezentował sobą nic nadzwyczajnego. Postanowiłem zrobic inaczej. Kupiłem samochód delikatnie uszkodzony. Zrobienie go nie było dla mnie szczegolnym problemem,m a jednak cena była niższa. Trochę się nagłowiłem jak metodą chałupniczą wyprostować blachy, ale się udało. Miałem swojego Transita. Jeździło się nim cudownie. Kulałem się nim długo, potem zamieniając go na inny, nowszy samochód. Ale Transita i tak wspominam. Był stary, ale fajny.

    O własnej firmie działającej w branży usług transportowych marzyłem od dawna. Spełniłem to marzenie jakieś trzy lata temu. W zasadzie postarałem się o to, żeby marzenie się spełniło. Kupiłem sobie samochód typu bus maxi i nie miałem wyboru. Mogłem albo płacić i nie jeździć, albo zarabiać i jeździć. Wybrałem to drugie. Musze powiedziec, ze nie było łatwo znaleźć pierwsze zlecenia. Szukałem długo, ogłaszałem się w różnych mediach, roznosiłem ulotki po blokach, robiłem wiele innych rzeczy. Pierwsze zlecenie znalazłem po miesiącu, pamiętam facet zlecił mi odwiezienie paru rur pod Wrocław. Podobała mi się ta perspektywa. Długa trasa, a z każdym kilometrem nowe zarobione pieniądze. I tak to się zaczęło, potem lepiej czy gorzej, ale jakoś szło. Przerobiłem prace kuriera, z własnym samochodem, przerobiłem dostawy gazet, przerobiłem inne wyjazdy. Podobało mi się to bardzo.

    Pierwsza moja praca w charakterze kierowcy własnego samochodu była mało ciekawa. Było to dostarczanie katalogów reklamowych do wskazanych firm. Katalogi były oczywiście bezpłatne, dlatego dostarczenie ich do firmy nie było problemem. Każdy brał, podpisywał i o nic nie pytał. Problemem była ilość. Miałem ich do rozwiezienia około dwa tysiące sztuk Mówię, około, ponieważ większość firm nie chciała kilku, tak jak miała w listingu, lecz jeden. Nachodziłem i najeździłem się z tymi katalogami sporo, prawie miesiąc biegałem od rana do wieczora. Ale jak przyszła wypłata nie pożałowałem tego. Pieniądze przyszły naprawdę spore, jak na tak prostą pracę. Żałowałem, że nie wziąłem sobie kogoś do pomocy i większej ilości katalogów. Zapłaciłbym komuś i jeszcze zarobił. Ale cóż, człowiek mądry po szkodzie.

    Praca kierowcy czasem wiąże się z wstawaniem rano i wystawaniem na targowisku. Taką pracę miałem w dwutysięcznym roku. Jeździłem z towarem ta targowiska rolne we Wrocławiu i Zielonej Górze. Przede wszystkim woziłem pomidory, ale zdarzały się i pieczarki. Praca wbrew pozorom nie była az taka ciężka. Po prostu jechałem z samochodem wypełnionym warzywami, a wracałem samochodem pustym. Sam nie rozładowywałem skrzynek, bo skoro ktoś kupował hurtowo, to sam sobie brał z samochodu. A więc moja rola ograniczała się do wypisania rachunku, oraz do policzenia mniej więcej czy wszystko się zgadza. Minusem była jazda o czwartej rano, żeby góra na piąta być na miejscu. Ale jakoś to można było przeżyć. Niestety to się skończyło. Straciłem szklarnie i nie miałem, co wozić. Oczywiście zawsze alternatywą było wożenie towaru kupionego u kogoś, ale z tego zysków już by nie było.

    Przez kilka lat pracowałem w charakterze kierowcy, przedstawiciela. To była jedna z najlepszych prac mojego życia. Jeździłem z artykułami grzewczymi, dostarczałem je dużym busem do różnych sklepów na terenie południowej Polski. To było piękne, bo więcej jeździłem niż dostarczałem. Polegało to na przykład na tym, że miałem dwa punkty w Opolu, trzeci we Wrocławiu a kolejny dopiero w Kaliszu. Jednym słowem marzenie każdego kierowcy. Nasiedziałem się w samochodzie az za dużo. Niestety, szef, któregoś dnia zaczął coś bąkać o tym, że kurier i przesyłka wychodzą taniej od pracownika, więc chyba nas zwolni. Przeciągał ta sprawę jeszcze pół roku, potem niestety ta chwila nastąpiła. Cóż, jego wybór, jeśli mu się to kalkulowało nie mam prawa mieć pretensji. Ale ta pracę wspominam miło. Szkoda, że drugiej takiej znaleźć nie mogę.

    Ciekawą pracą na wakacje była dla mnie praca w charakterze kierowcy wożącego złom. Towar jak towar, ale samochód, którym jeździłem był bardzo nietypowy. Była to Nysa w wersji skrzyniowej. Jak to usłyszałem nie byłem specjalnie zadowolony? Nysa? Przecież to wynalazek. Przynajmniej tak myślałem, ale bardzo się myliłem. Pamiętam pierwszą jazdę. Wsiadłem do samochodu i nie wiedziałem, co dalej. Jeden prędkościomierz, trochę kabli i nic więcej. Próbowałem odpalić, nie udawało się. Nie było reakcji. Okazało się, że nie włączyłem prądu, co też szybko poprawiłem. Nysa odpaliła. Zaskoczył mnie cichutki dźwięk silnika. Potem był mały problem ze skrzynia biegów, wyglądała jak przerośnięty hamulec ręczny. Ale jak już ruszyłem poszło dobrze. Przejeździłem tak dwa miesiące wożąc metalowe ciężary przeznaczone na złom.

    Pierwsza moja praca w charakterze kierowcy busa nie była pracą bardzo ciekawą, ale była, i była dobrze płatna. Moim zadaniem było wożenie i dostarczanie wody źródlanej w pojemnikach dziewiętnaście litrów. Nie było to trudne, gdyby nie fakt, że trzeba było to nosić na miejsce i czasami montować do dystrybutora. Oczywiście miałem wózeczek, którymi wody jeździły, ale wózeczek po schodach nie jeździł. Ja często jednak musiałem dostarczyć wody na drugie, trzecie czy piąte piętro. Z piątym to będę miał wspomnienia do końca życia. Dostarczyć miałem szesnaście butelek na piąte piętro, bez windy. Na końcu nie wiedziałem jak się nazywam. W końcu nosiłem po schodach po czterdzieści kilogramów jednorazowo. Ale jakoś się udawało. Pracowałem tak jakiś czas, po czym łagodnie przeszedłem do działu handlowego w tej samej firmie, a więc jeździłem, ale samochodem dużo mniejszym.